Wyobraźcie sobie taką scenę: stoicie w osiedlowym warzywniaku, w ręku trzymacie idealnie dojrzałe awokado, a obok starsza pani z niezwykłym przejęciem tłumaczy sprzedawcy, że dzisiaj to tylko ziemniaki z tej konkretnej skrzynki, bo te drugie „wyglądają na podejrzane”. I choć Wasze oczy mówią co innego, nagle łapiecie się na tym, że odkładacie swoje awokado i z jakąś niewytłumaczalną ulgą sięgacie po te same pyry, co ta pani. Dlaczego? Bo w głowie zapala się lampka: „Ona tu pewnie bywa codziennie, ona wie!”. To ten moment, w którym nasz wewnętrzny radar przestaje skanować fakty, a zaczyna skanować... plecy innych ludzi. Gdzie to spotykam w życiu? Wszędzie tam, gdzie brakuje nam pewności siebie i nagle cudza decyzja staje się naszą własną, choć nikt nas o to nie prosił.
Dlaczego tłum ma zawsze rację (nawet gdy błądzi)?
W psychologii, o czym pisał klasyk Elliot Aronson, nazywa się to informacyjnym wpływem społecznym. Ale między nami – to po prostu taki „mentalny hamulec bezpieczeństwa”. Kiedy sytuacja staje się mętna jak woda w Wiśle po deszczu, a my nie mamy pojęcia, czy w tej nowej pracy trzeba nosić krawat, czy można przyjść w klapkach, robimy najprostszą rzecz na świecie: kopiuj-wklej z zachowania innych. To tak, jakbyśmy w nieznanym mieście szukali restauracji i wybierali tę z najdłuższą kolejką. Zakładamy, że ci ludzie nie stoją tam za karę, tylko posiadają jakąś tajemną wiedzę o jakości schabowego, której my jeszcze nie posiedliśmy. O czym tak naprawdę piszę? O tym, że nasz mózg to leniwy detektyw – zamiast zbierać dowody, woli zerknąć do notatek sąsiada.
Kiedy „tak” oznacza „boję się powiedzieć nie”
I tu wjeżdża cała na biało nasza potrzeba bycia „swój chłop”. Myśleliśmy, że jesteśmy takimi wolnymi elektronami, dumnymi kapitanami własnych losów, a tymczasem często zachowujemy się jak statyści w filmie, którego scenariusza nawet nie lubimy. To ten moment, w którym na rodzinnym obiedzie wszyscy zachwycają się przesoloną zupą cioci, a Ty, zamiast powiedzieć prawdę, przełykasz kolejną łyżkę z uśmiechem godnym Oscara. Robimy to, bo lęk przed byciem „tą czarną owcą” pali bardziej niż nadmiar soli. To cena, jaką płacimy za bilet do grupy. Jaki jest haczyk? Często doskonale wiemy, że wszyscy wokół gadają bzdury, ale i tak potulnie kiwamy głową, żeby tylko nie wypaść z towarzyskiego obiegu.
Moje spotkanie z „Panem Ważnym”
Jak ja to przeżywam? Przyznam się Wam bez bicia – ja też mam w sobie ten gen potulności, który aktywuje się w najmniej odpowiednich momentach. Ostatnio w urzędzie, gdy pan w okienku, otoczony stosem pieczątek niczym twierdzą, kazał mi wypełnić trzy identyczne formularze, bo „taka jest procedura”, zamiast zapytać o sens, po prostu zacząłem pisać. Czułem ten specyficzny ucisk w żołądku, wiedząc, że marnuję papier i czas, ale siła autorytetu (i ten srogi wzrok nad okularami!) sprawiła, że stałem się najbardziej posłusznym obywatelem w promieniu stu kilometrów. To niesamowite, jak łatwo oddajemy stery własnego rozsądku komuś, kto po prostu ma odpowiedni atrybut władzy – czy to biały fartuch, czy wspomnianą pieczątkę.
Między stadem a samotną wyspą
Z czym Was zostawiam na koniec tego dnia? Z taką małą, nieśmiałą myślą: bycie trochę konformistą to nie zbrodnia, to mechanizm przetrwania, dzięki któremu nie musimy codziennie wymyślać koła na nowo. Ale warto raz na jakiś czas, choćby dla higieny psychicznej, zrobić coś totalnie po swojemu – kupić te „podejrzane” ziemniaki, nie zaśmiać się z kiepskiego żartu szefa, albo jako jedyny nie wstać do owacji na stojąco, jeśli spektakl był zwyczajnie nudny. Świat się od tego nie zawali, a Wy poczujecie pod stopami coś bardzo przyjemnego – własny grunt. Bycie niedoskonałym i czasem „osobnym” jest absolutnie w porządku. W końcu najciekawsze historie piszą ci, którzy czasem gubią drogę, zamiast zawsze iść gęsiego za liderem.
psychology.point.of.view@gmail.com
669 527 045