Znasz ten moment.
Zaczynasz mówić o czymś trudnym.
Czymś, co Cię gryzie i uwiera.
Nie wiesz jeszcze, czego dokładnie potrzebujesz. Może spokoju. Może wysłuchania. Może po prostu obecności, bez szybkich reakcji. I wtedy z drugiej strony pada zdanie:
„Będzie dobrze.”
Wypowiedziane miękko. Z troską. Czasem nawet z uśmiechem. A jednak po Twojej stronie coś cofa się o krok. Nie samo zdanie jest problemem. Problem zaczyna się w tym, co zostaje pod nim ukryte. Często brzmi to jak myśl, której nikt nie wypowiada na głos:
„Dla mnie to nie jest tak ważne jak dla Ciebie.”
I w tym miejscu rozmowa bardzo łatwo się kończy. Nawet jeśli — technicznie rzecz biorąc — trwa dalej.
Dobra intencja, zły punkt ciężkości
Jest taka stara historia, która od wieków opisuje ten mechanizm z zadziwiającą precyzją. Księga Hioba opowiada o człowieku, któremu rozsypało się wszystko naraz.
Rodzina. Zdrowie. Poczucie sensu. I nikt nie potrafi wskazać winy.
Pytanie „dlaczego?” wisi w powietrzu, jakby nie było dla niego miejsca. Do Hioba przychodzą przyjaciele.
Reakcja pierwsza
Siadają obok niego.
Myśli oczywiście są. Ale ważniejsze jest to, że czują ciężar sytuacji
i wiedzą, że słowa byłyby za lekkie. To jest moment prawdziwego kontaktu.
Reakcja druga
Po czasie zaczynają mówić. Szukają sensu. Przyczyny. Porządku. I coś przesuwa się niepostrzeżenie. Intencja zostaje czysta. Ale środek ciężkości zmienia miejsce. Cierpienie Hioba przestaje być w centrum. W centrum pojawia się potrzeba uporządkowania świata tych, którzy słuchają.
Wyjaśnienia — już dla nich.
I tu warto się zatrzymać.
Bo może to nie jest wybór między milczeniem a mówieniem.
Może istnieje trzecia droga.
Ale zanim do niej dojdziemy, spójrzmy na to, co robimy znacznie częściej.
„Będzie dobrze” jako odruch
To zdanie rzadko jest zaplanowane.
Wyskakuje samo. Jak wtedy, gdy ktoś się potyka, a my już mówimy „nic się nie stało”, zanim jeszcze sprawdzimy, czy boli. „Będzie dobrze” bywa sposobem na szybkie domknięcie napięcia. Na odzyskanie kontroli. Na zaznaczenie obecności, nawet jeśli nie bardzo wiemy jak. Problem w tym, że działa jak skrót klawiaturowy. Oszczędza czas, ale gubi treść. Bo kiedy ktoś mówi o czymś ważnym, a słyszy uproszczenie, w środku pojawia się myśl:
„Widocznie to, co przeżywam, jest za duże jak na tę rozmowę.”
Co dzieje się po drugiej stronie
Najczęściej nic spektakularnego. Z zewnątrz wszystko wygląda normalnie.
Rozmowa trwa. Ton się zgadza. Tylko coś przestaje się kleić. Pojawia się poczucie, że się nie spotkaliśmy. Że moje doświadczenie zostało gdzieś obok. A potem bardzo ludzka próba dopasowania się:
„Może faktycznie przesadzam.”
I to jest moment, w którym tracimy kontakt, nie napięcie.
Rozmowa może trwać dalej — ale już po powierzchni.
Bo może to nie jest wybór między milczeniem a pocieszaniem.
Między „nic nie mówić” a „będzie dobrze”. Może istnieje trzecia droga — pytania, które nie szukają rozwiązania, tylko robią miejsce. Pytania nie są neutralne. Mogą prowadzić. Ale mogą też zostać. Być może zmienić perspektywę.
Dobrze zadane pytanie nie próbuje:
Raczej mówi:
„To, co przeżywasz, jest wystarczająco ważne, żeby się przy tym zatrzymać.”
Czasem to są bardzo proste rzeczy:
One nie brzmią spektakularnie. Ale mają jedną rzadką cechę: oddają ster. I tu właśnie w pytaniach często mieści się prawdziwe wsparcie.
Kiedy pomoc zabiera doświadczenie
Wyobraź sobie dziecko, które przychodzi do rodzica z problemem.
– Coś mi nie wyszło.
– Jest mi trudno.
– Pokłóciłem się z kimś ważnym.
Rodzic ma kilka opcji.
Może spróbować to zmniejszyć.
Może przejąć ster.
Może zostać.
Pierwsze skraca emocję.
Drugie skraca proces.
A czasem właśnie ten proces — niewygodny, chaotyczny, bez jasnej puenty —
jest miejscem, w którym buduje się sprawczość i zaufanie do siebie. Tego nie da się przeżyć za kogoś.
Życie nie zawsze daje to co chcemy
A czasem… tak po prostu wygląda życie. Nie równo. Nieprzyjemnie. Bez instrukcji obsługi. I może dlatego tak bardzo cenimy rozwiązania, a tak rzadko zauważamy wagę obecności. Obecność nie jest rozwiązaniem. Jest raczej decyzją, żeby nie wychodzić z pokoju, gdy robi się trudno. Nie obiecuje happy endu. Oferuje coś mniej efektownego — że ktoś zostaje, nawet jeśli nic się nie układa.
Zanim powiesz cokolwiek
Może warto czasem — zanim pojawi się „będzie dobrze” — zatrzymać się na sekundę i zapytać siebie:
Bo różnica między pocieszaniem a obecnością
rzadko leży w doborze słów.
Częściej w gotowości, żeby zostać —
nawet wtedy, gdy nie bardzo wiadomo co dalej.
psychology.point.of.view@gmail.com
669 527 045