Stoję w ostatni czwartek w kuchni, w jednej ręce trzymając trzeciego pączka, a w drugiej telefon z otwartym artykułem o szkodliwości cukru. Czytam, że biała śmierć, że insulina szaleje, że w moim wieku to już naprawdę nie wypada. I co robię? Czy odkładam pączka? Skądże znowu. Przełykam kęs i myślę sobie: „W sumie te badania na pewno sponsorował producent jarmużu, a poza tym przecież dzisiaj rano wszedłem po schodach na siódme piętro, więc bilans wychodzi na zero”. Państwo też tak mają? To ten moment, kiedy w głowie zaczyna nam coś dziwnie trzeszczeć, bo rzeczywistość puka do drzwi, a my udajemy, że nikogo nie ma w domu.
Skąd to trzeszczenie w czaszce?
To trzeszczenie to nic innego jak dysonans poznawczy. Brzmi mądrze, prawie jak diagnoza u ortopedy, ale w rzeczywistości to po prostu stan, w którym nasze przekonania kłócą się z naszymi czynami lub z nową wiedzą która nas spotyka. Festinger, taki mądry pan z lat 50., zauważył, że nienawidzimy czuć się niespójni. Kiedy to, co myślimy („jestem zdrowym człowiekiem”), nie pasuje do tego, co robimy („właśnie wciągam litr coli”), w naszej głowie zapala się czerwona lampka. I teraz mamy dwa wyjścia: albo zmienić zachowanie (trudne!), albo zmienić myślenie (o, to idzie nam świetnie!). Dysonans to taka psychiczna gumka recepturka – naciąga się, gdy fakty nie pasują do obrazka, więc musimy ją jakoś poluzować, żeby nie strzeliła nam prosto w nos.
Mistrzowie umysłowej gimnastyki
Myśleliśmy naiwnie, że jesteśmy istotami racjonalnymi. Że jak dostaniemy dowód, to powiemy: „Och, dziękuję za oświecenie, od dziś zmieniam życie”. Nic z tych rzeczy. My jesteśmy istotami racjonalizującymi. Jeśli włożymy w coś mnóstwo wysiłku – powiedzmy, przejdziemy przez absurdalnie nudne szkolenie – to zamiast przyznać, że zmarnowaliśmy czas, będziemy wszystkim wmawiać, że „właściwie to było całkiem pouczające”. Im mniejszą mamy zewnętrzną nagrodę za robienie czegoś głupiego, tym bardziej musimy sobie wmówić, że to robienie głupot miało sens. Jak w tym słynnym eksperymencie: ci, którzy za kłamanie dostali dolara, uwierzyli we własne kłamstwo bardziej niż ci, którzy dostali dwadzieścia. Bo za dolara głupio być oszustem, więc lepiej stać się entuzjastą.
Szewc w dziurawych butach chodzi
Nie myślcie sobie, że ja tu stoję na mównicy w czystej todze. Sam wpadam w te sidła regularnie. Ostatnio kupiłem karnet na siłownię, na której byłem raz – w dniu zakupu. Przez trzy miesiące, patrząc na wyciąg z konta, wmawiałem sobie, że „płacę za motywację” i że „samo posiadanie karty sprawia, że podświadomie dokonuję lepszych wyborów żywieniowych”. To klasyczna ochrona samooceny, o której pisał Aronson. Przecież nie mogę być gościem, który wyrzuca pieniądze w błoto, prawda? Muszę być „człowiekiem w procesie zmiany”. I tak sobie żyję w tym miłym ciepełku autohipnozy, dopóki spodnie nie zaczną boleśnie przypominać o tym jak jest naprawdę.
Polubić swoje
Z czym Państwa zostawiam? Może z taką myślą, że to całe trzeszczenie w głowie wcale nie jest błędem systemu. Wręcz przeciwnie – to sygnał, że jeszcze żyjemy, że się zmieniamy. Jak mówią specjaliści od uczenia się: bez odrobiny dysonansu nie ma rozwoju. Mały dyskomfort to znak, że nasza stara wiedza właśnie ściera się z nową i powstaje z tego coś ciekawszego. Więc następnym razem, gdy poczują Państwo potrzebę, by jakoś dziwnie i mętnie uzasadnić swój błąd, proszę mrugnąć do siebie w lustrze. Jesteśmy tylko ludźmi, mistrzami w opowiadaniu sobie bajek na własny temat. I wiecie co? To całkiem urocze, dopóki od czasu do czasu potrafimy się z tych bajek zaśmiać.
psychology.point.of.view@gmail.com
669 527 045