LINK

18 grudnia 2025

To się jeszcze zdzwonimy – krótka historia o odpowiedzialności

 

Nie wiem, jak Ty, ale ja mam tak, że czasem po rozmowie telefonicznej zostaje mi w głowie dziwne uczucie. Niby wszystko miło, niby „jesteśmy w kontakcie”, niby „odezwiemy się”. A jednak coś tam zostaje. Jak niedomknięte okno. Albo jak talerz w zlewie, którego ktoś miał umyć, tylko nie do końca wiadomo kto.

I właśnie w tym miejscu zaczyna się temat odpowiedzialności. Nie tej wielkiej, patetycznej. Tylko tej codziennej, małej, relacyjnej. Takiej, która bardzo często… wisi w powietrzu.

„To się jeszcze zdzwonimy”, czyli kto właściwie ma zadzwonić?
 

Klasyk.
Marek dzwoni do Andrzeja. Rozmowa schodzi na temat, który wymaga ciągu dalszego. Na koniec pada zdanie: „No to się jeszcze zdzwonimy.” „Tak, tak, odezwiemy się.”
I koniec. Kurtyna. Cisza.

Mijają godziny. Dni. I zaczyna się to, co mózg robi najlepiej: interpretacje.

– „Nie zależy mu.”
– „Olał temat.”
– „Pewnie zapomniał… albo nie chciał.”

A prawda jest taka, że bardzo często nikt nie zapomniał. Po prostu odpowiedzialność za kolejny ruch… nie została przypisana. Została gdzieś pomiędzy. W zawieszeniu. W relacyjnej próżni.

Mózg na skróty – czyli dlaczego to w ogóle robimy?
 

Mam hipotezę. Roboczą, ale życiową.
Mózg lubi mieć jak najmniej na głowie. Redukuje obciążenia, gdzie się da. A jeśli odpowiedzialność nie jest jasno nazwana — to świetna okazja, żeby jej nie brać.
Nie dlatego, że jesteśmy źli. Częściej dlatego, że:

  • ktoś zrobi to za mnie,

  • jakoś się to samo ułoży,

  • nie jest do końca jasne, czy to ja.
     

I tu zaczyna się cała zabawa.

„Przypomnij mi jutro SMS-em”
 

Jeden z moich ulubionych przykładów.
Proszę kogoś, żeby sprawdził coś na miejscu. Słyszę:– „Będę tam jutro po 18:00.” Po chwili:– „Tylko przypomnij mi jutro SMS-em, dobra?”
I ja wtedy robię w głowie szybki przegląd rzeczywistości:

  • ta osoba ma telefon,

  • ma kalendarz,

  • ma przypomnienia,

  • ma alarmy,

  • ma wszystko, co potrzebne, żeby… pamiętać.
     

A jednak odpowiedzialność za pamiętanie ląduje u mnie. Mimo że to ja już wykonałem pierwszy ruch.
Zabawne? Trochę. Ale też bardzo wiele mówiące.
Bo to już nie jest kwestia technologii. To jest kwestia brania rzeczy na siebie.

Dojrzałość. Ale nie ta z Instagrama

 

Myślę, że odpowiedzialność jest bardzo blisko dojrzałości. Ale nie tej instagramowej: „ogarnięty/a, poukładany/a, produktywny/a”.

Bardziej tej cichej:

  • potrafię zobaczyć, gdzie jest mój kawałek/moje 50%,

  • umiem domknąć sprawę,

  • nie zostawiam innych w niepewności.
     

Oczywiście — pod brakiem odpowiedzialności mogą się kryć różne rzeczy:

  • lęk,

  • niepewność,

  • brak wzorców,

  • chaos.
     

Ale dojrzałość zaczyna się tam, gdzie przestajemy udawać, że to się samo zrobi.

Odpowiedzialność nie dzieje się w głowie. Ona dzieje się w relacji
 

To ważne odkrycie — także dla mnie.
Jestem raczej dyplomatą. Mam tendencję do zauważania, rozumienia, czucia…Ale nie zawsze do mówienia.
A odpowiedzialność bardzo często wymaga wypowiedzenia na głos:

  • oczekiwań,

  • granic,

  • umów.
     

Czasem wystarczy jedno zdanie:
„Umówiliśmy się, że oddzwonisz.” „To jest po Twojej stronie.” „Możesz ustawić przypomnienie.”
Bez pretensji. Bez oskarżeń. Z asertywnością.

Jak (nie)uczymy odpowiedzialności

 

To samo widać bardzo wyraźnie w relacji z dziećmi.
Dziecko przychodzi do mnie z jakąś sprawą. Problemem. Trudnością. I mam wtedy dwie opcje.
Pierwsza jest bardzo kusząca: „Daj, ja to ogarnę". Biorę odpowiedzialność na siebie, rozwiązuję sprawę, uspokajam sytuację.
Szybko. Skutecznie. Dorosło.
Tylko że po drodze dzieje się coś ważnego — dziecko traci sprawczość. Uczy się, że odpowiedzialność jest gdzieś poza nim. Że ktoś inny przyjdzie i „załatwi”.
Druga opcja jest trudniejsza. Wymaga zatrzymania się i zadania prostego pytania:

„Jak mogę Ci pomóc?”

I to jedno zdanie robi ogromną różnicę. Bo odpowiedzialność zostaje po stronie dziecka, a ja nie znikam — jestem obok. Gotowy pomóc, wesprzeć, podpowiedzieć.
Nie przejmuję sterów. Nie zdejmuję ciężaru. Nie zostawiam też samego.
I myślę, że dokładnie tak samo działa to w relacjach dorosłych. Odpowiedzialność nie polega na wyręczaniu. Ani na umywaniu rąk. Tylko na tym, żeby jasno widzieć: co jest moje, a w czym mogę być wsparciem.

Japonia - czego się możemy nauczyć?
 

Pracując ze studentami, często mówię o punktualności. Dla mnie to wartość: szacunek do czasu — swojego i cudzego.
A potem patrzymy na rzeczywistość:

  • zajęcia zaczynają się o 9:00,

  • o 9:00 jest 5 osób,

  • „czekamy jeszcze 15 minut”.
     

Norma społeczna robi swoje.

I wtedy pokazuję kontrast.
Japonia. Linie na podłodze w metrze. Wiadomo, którędy się wchodzi, którędy wychodzi. Ludzie to respektują. Nie dlatego, że ktoś krzyczy. Tylko dlatego, że odpowiedzialność jest wbudowana w kulturę.
A u nas? Autobus. Drzwi się otwierają. I… walka o życie.
To nie jest historia o „lepszych” i „gorszych”. To jest historia o tym, że odpowiedzialności można się nauczyć.

Moment przewrotu


A teraz najważniejsze.
Może odpowiedzialność nie jest cechą charakteru. Może nie jest „albo ją masz, albo nie”.
Może to jest umiejętność:

  • zauważania,

  • nazywania,

  • domykania.
     

I może warto od czasu do czasu zapytać siebie:
„Czy ja właśnie nie zostawiam czegoś… w powietrzu?”

Na koniec

 

Nie chodzi o to, żeby brać wszystko na siebie. Chodzi o to, żeby zajrzeć najpierw do wewnątrz i uczciwie zapytać:

„Gdzie w tej sytuacji była moja odpowiedzialność?”
„Czy czegoś nie przegapiłem?”
„Czy jasno to nazwałem, czy tylko założyłem, że druga strona się domyśli?”

Bo bardzo wiele napięć w relacjach nie bierze się z wielkich dramatów. One rodzą się z drobiazgów:

  • z nieoddzwonienia,

  • z niedopowiedzianego „umówimy się”,

  • z odpowiedzialności, która miała się jakoś sama przypisać.
     

A potem to wszystko zaczyna żyć własnym życiem. Niedopowiedzenia puchną. Domysły rosną. A konflikt często wybucha tam, gdzie nikt nie pamięta już, od czego to się właściwie zaczęło.
Może więc warto od czasu do czasu zatrzymać się i policzyć: ile takich „przegapionych” momentów zdarzyło się ostatnio? I jaki miały wpływ na relacje, które dziś są napięte, chłodniejsze albo po prostu… trudniejsze?
A jeśli czasem jesteś na tym punkcie przewrażliwiony —to być może nie dlatego, że „czepiasz się”.Tylko dlatego, że widzisz coś, co łatwo przeoczyć.

Bo odpowiedzialność bardzo rzadko znika. Ona raczej zostaje — gdzieś pomiędzy. I czeka, aż ktoś w końcu ją zauważy i nazwie.

 

psychology.point.of.view@gmail.com

669 527 045